Kanał Rss
Content
Kuweta za 100 tysięcy
1 października 2019

shutterstock_1437534677Na dwa tygodnie, od 9 do 22 września, skrzyżowanie ulic Jaskółczej, Śluzy i Jałmużniczej zostało zamknięte dla samochodów i stało się „strefą relaksu dla mieszkańców”. Na środku ulicy usypano plażę, wokół stanęły leżaki i beczki z egzotycznymi roślinami z Szafarni. Internauci, podobnie jak wcześniej w przypadku warszawskiej strefy relaksu z paletami na pl. Bankowym, również dla gdańskiej „kuwety” okazali się bezlitośni. Magistrat tymczasem broni pomysłu, wskazując na konieczność wydania unijnych funduszy.

Utworzenie miejskiej plaży we wrześniu, gdy z powodu aury takie plaże z reguły już się zamyka, jest zastanawiającym pomysłem. Zrobienie tego w Gdańsku, nad wybrzeżem, to pomysł kontrowersyjny. Zablokowanie ulicy dla samochodów, autobusów i rowerów w ramach obchodów Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu to już kuriozum. Co więc przyświecało gdańskim urzędnikom?

Jak możemy przeczytać na stronie Urzędu Miejskiego w Gdańsku: „Akcja ma na celu uświadomienie mieszkańcom, że Ulica nie jest wyłącznie miejscem służącym do jazdy samochodem, ale może stać się przestrzenią należącą do mieszkańców, z której każdy może korzystać w aktywny sposób. Ulica wraca do mieszkańców!”.

Można więc odnieść wrażenie, że dla urzędników osoby korzystające z infrastruktury do przemieszczenia się to już nie mieszkańcy. Jak przyznał Onetowi Jędrzej Sieliwończyk z gdańskiego Biura Prasowego: „To nie jest nasz pomysł. Podobna akcja miała miejsce w wielu miastach europejskich i zakończyła się wielkim sukcesem”.

Czy jednak akcji tej nie skopiowano nieco bezrefleksyjnie?

– Wokół tyle terenów zaniedbanych, które aż się proszą o takie inicjatywy, np. zniszczony przez dewelopera ogródek jordanowski. To ma promować zrównoważony rozwój, a autobusy nie jeżdżą, rowerem przez ten piach nie da się przejechać, a zdezorientowani kierowcy rozjeżdżają chodniki i trawniki. To nie jest ekologiczne – pisze na Facebooku jedna z mieszkanek Dolnego Miasta.

Na pomysł urzędników krytycznie patrzą także niektórzy miejscy aktywiści. – Po pierwsze, wiara w to, że przy kapryśnej pogodzie, ktoś spędzi czas na sztucznie usypanej plaży, jest naiwna. Po drugie, miejsce pod przedsięwzięcie też zostało źle wybrane. Blokada skrzyżowania zaburzyła komunikację – mówi Karol Spieglanin z Forum Rozwoju Aglomeracji Gdańskiej.

Okazało się także, że „Strefa Relaksu” utrudnia karetkom dojazd do pobliskiego szpitala. – Od momentu powstania „plaży” karetki mają utrudniony dojazd, muszą jeździć objazdem, co zajmuje więcej czasu, a wszyscy wiemy, że w przypadku problemów kardiologicznych czas odgrywa najważniejszą rolę – powiedział w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim” Andrzej Lato, prezes Centrum Zdrowia Eter-Med.

Urzędnicy bronią się jednak, przekonując, że informacja o akcji była szeroko konsultowana. Mówią też wprost o konieczności wykorzystania unijnych funduszy, które pokryły 85 proc. kosztów przedsięwzięcia, na które wydano ponad 103 tys. zł. Jędrzej Sieliwończyk podkreśla, że w tym konkretnym projekcie pieniądze można było wydać tylko na takie działania, nie na „twarde inwestycje”. Jest to więc kolejny przypadek, gdy fundusze unijne skłaniają do wątpliwych inwestycji.

Rafał Sobczak